Tesla Robotaxi wjeżdża do prawdziwego świata. I właśnie tam zaczynają się schody. Czyli miało być dużo łatwiej a potem przyszło życie:)
Przez lata Elon Musk sprzedawał światu pewną wizję. Nie chodziło o samochód elektryczny. Ten etap Tesla i sam Musk mają już dawno za sobą.
Nie chodziło nawet o baterie, choć przez lata, to właśnie one były sercem całej rewolucji.
Prawdziwym celem zawsze była autonomia. Samochód, który nie potrzebuje kierowcy. Samochód, który sam zarabia na siebie, który zamiast stać pod domem przez 95% czasu, wozi pasażerów przez całą dobę, kiedy my popijamy drinka z żoną, siedząc przy kominku w zimowy wieczór. Nasz EV od Tesli zasuwa po ulicach zarabiając dla nas kasę.
Brzmiało to jak futurystyczna wizja rodem z Doliny Krzemowej. Jedni widzieli w niej przyszłość transportu. Inni kolejny nieco szalony plan i oczywiście wszystko w tym odważnym terminie, który nigdy nie zostanie dotrzymany.
Dziś jednak dyskusja wygląda zupełnie inaczej
Bo Tesla przestała mówić o Robotaxi. Tesla zaczęła je uruchamiać. I właśnie wtedy zaczęły się naprawdę interesujące pytania.
Nie o zasięg.
Nie o moc.
Nie o przyspieszenie.
Tylko o to, co stanie się wtedy, gdy autonomiczny samochód, spotka na swojej drodze coś, czego nie znajdziemy w prezentacji dla inwestorów. Chodzi o policję, wypadek, straż pożarną, nagłą zmianę organizacji ruchu, ulewę czy nawet gęstą mgłę.
Czyli wszystko to, co codziennie spotykamy na drogach. A co może się zdarzyć w sposób błyskawiczny i całkowicie nieoczekiwany. Nagle…
Kilka dni temu Tesla opublikowała dokument, który wielu osobom umknął. A szkoda, bo jest prawdopodobnie jednym z najciekawszych materiałów dotyczących przyszłości autonomicznej jazdy.
To swoista instrukcja współpracy Robotaxi ze służbami ratunkowymi. Dokument przygotowany dla stanu Arizona pokazuje, jak Tesla wyobraża sobie funkcjonowanie floty autonomicznych pojazdów w prawdziwym świecie. Nie tym laboratoryjnym, tym codziennym.
I nagle okazuje się, że za wizją samochodu bez kierowcy stoi ogromna armia procedur, ludzi i zabezpieczeń.
Bo co właściwie ma zrobić Robotaxi, gdy za nim pojawi się radiowóz na sygnale?
Tesla twierdzi, że pojazd automatycznie rozpozna sytuację i zjedzie w bezpieczne miejsce. Brzmi rozsądnie. Dopiero po chwili dociera do nas jednak, jak ogromne wyzwanie kryje się za tym jednym zdaniem.
Dla człowieka to intuicyjna decyzja. Dla komputera to tysiące analiz wykonywanych w czasie rzeczywistym.
Czy pobocze jest wystarczająco szerokie?
Czy można się zatrzymać?
Czy pojazd jadący obok nie stworzy zagrożenia?
Czy sygnał pochodzi od policji, straży pożarnej czy karetki?
My robimy to odruchowo. Maszyna musi się tego nauczyć. Jeszcze ciekawiej robi się wtedy, gdy na drodze pojawia się miejsce wypadku policjant machający rękami, strażak kierujący ruchem czy pachołki ustawione w sposób, którego nie przewidział projektant drogi.
Tesla twierdzi, że jej system potrafi interpretować sygnały wydawane przez służby i dostosowywać się do tymczasowej organizacji ruchu. W teorii brzmi świetnie. W praktyce właśnie takie sytuacje od lat należą do najtrudniejszych dla systemów autonomicznej jazdy.
I tutaj dochodzimy do rzeczy, o której mówi się zdecydowanie za mało.
Robotaxi nie jest samotnym wilkiem. To nie jest tak, że auto zostaje wyprodukowane po czym wypuszczone „samopas” – jak to się czasami mówi, i zapominamy o nim, niech sobie radzi:)
Za kulisami cały czas pracują ludzie
Tesla stworzyła specjalny zespół wsparcia dla służb ratunkowych. W razie dużego zdarzenia, operatorzy mogą tworzyć wirtualne strefy zakazu ruchu, dzięki którym autonomiczne pojazdy będą omijać miejsca wypadków czy akcji ratunkowych. Coś jak odkurzacz Roomba, i specjalne elektroniczne ograniczniki, które jeśli je odpowiednio ustawimy, nie pozwolą Roombie wjechać w zastrzeżony obszar. Tu działa to tak samo. Sygnał idzie z centrali do aut, które wybierają inną bezpieczną trasę przejazdu, omijając ryzykowny obszar.
To bardzo ciekawy sygnał dla nas wszystkich, bo pokazuje, że nawet najbardziej zaawansowana sztuczna inteligencja, nadal potrzebuje ludzkiego nadzoru. Przynajmniej jak na razie, czyli na obecnym etapie rozwoju.
Zresztą podobnie wygląda sprawa kolizji
W internetowych dyskusjach często słyszymy dwa skrajne stanowiska.
Jedni twierdzą, że autonomiczne samochody są już niemal idealne. Drudzy, że każda stłuczka oznacza porażkę całej technologii.
Prawda, jak zwykle, leży gdzieś pośrodku.
Tesla ujawniła, że w przypadku kolizji Robotaxi automatycznie uruchamia procedury bezpieczeństwa. Włącza światła awaryjne, odblokowuje drzwi, opuszcza szyby i nawiązuje połączenie z centrum wsparcia. Służby mogą uzyskać dostęp do danych pojazdu, zapisów kamer i telemetrii potrzebnej do późniejszej analizy zdarzenia.
Brzmi profesjonalnie! Bez dwóch zdań…
Ale jednocześnie przypomina, że nawet najbardziej zaawansowany system świata nie eliminuje całkowicie ryzyka.
Zwłaszcza że pierwsze miesiące działania Robotaxi nie były wolne od problemów. Do amerykańskich regulatorów trafiły raporty dotyczące kilku incydentów, a część z nich dotyczyła nawet sytuacji, w których pomagać musieli zdalni operatorzy.
I właśnie dlatego największym przeciwnikiem Robotaxi może okazać się nie człowiek
Nie konkurencja, nawet nie regulatorzy, tylko pogoda. Deszcz nie czyta folderów reklamowych. Mgła nie interesuje się harmonogramem wdrożeń. Śnieg nie sprawdza komunikatów prasowych.
Tesla otwarcie przyznaje, że jej autonomiczna flota, ma jasno określone granice działania. Robotaxi może funkcjonować w dzień i w nocy, radzić sobie z umiarkowanym deszczem czy lekką mgłą. Ale podczas powodzi, oblodzenia lub ekstremalnych warunków pogodowych system po prostu nie będzie działał.
To ważna informacja!
Zwłaszcza, że przez lata, wokół autonomicznej jazdy powstał mit technologii niemal nieomylnej.
Tymczasem Tesla pokazuje coś zupełnie odwrotnego. Pokazuje system, który zna swoje ograniczenia. I być może właśnie to jest najbardziej dojrzały element całego projektu.
Patrząc na rozwój Robotaxi można odnieść wrażenie, że znajdujemy się dokładnie w tym samym miejscu, w którym sto lat temu znajdowała się motoryzacja.
Samochody już istnieją, technologia działa. Ale nikt nie wie jeszcze, jak szybko zmieni świat.
Za kilka lat możemy wspominać pierwsze Robotaxi, jako początek największej rewolucji transportowej od czasów Henry’ego Forda.
Możemy też dojść do wniosku, że droga do pełnej autonomii była znacznie dłuższa, niż wydawało się Elonowi Muskowi.
Jednego jestem jednak pewien.
Najważniejszy test nie odbywa się dziś w laboratorium Tesli. Nie odbywa się również podczas konferencji dla inwestorów.
Odbywa się na zwykłej ulicy
Tam, gdzie pada deszcz. Tam, gdzie policjant ręcznie kieruje ruchem, gdzie kierowcy popełniają błędy, gdzie nie istnieją idealne warunki.
Bo właśnie w takim świecie, realnym świecie, Robotaxi musi udowodnić swoją wartość.
Przez lata największym wyzwaniem autonomicznej jazdy była technologia. Dziś technologia schodzi na drugi plan. Prawdziwym zaś przeciwnikiem Robotaxi staje się rzeczywistość.
A rzeczywistość nigdy nie jeździ według scenariusza…
WhatsApp us