Tesla właśnie może zmieniać przyszłość baterii
Tesla właśnie może zmieniać przyszłość baterii. Tym razem na poważnie😉!
Przez lata cała wojna w elektromobilności wyglądała dość prosto.
Większy zasięg, szybsze ładowanie, więcej ekranów, więcej koni mechanicznych, więcej marketingu.
Tyle że prawdziwa rewolucja bardzo rzadko wygląda spektakularnie.
Czasami zaczyna się od nudnego patentu chemicznego, którego nikt poza garstką inżynierów nawet nie chce czytać.
I dokładnie tak wygląda historia technologii „dry cathode”, nad którą Tesla pracuje od kilku lat.
Brzmi nudno? Trochę tak
Cała rzecz polega na tym, że jeśli Elon Musk i jego ludzie rzeczywiście rozwiązali ten problem na skalę przemysłową, to może się okazać, że właśnie patrzymy, na jeden z najważniejszych momentów w historii nowoczesnych baterii litowo-jonowych.
Nie chodzi nawet o samą Teslę. Chodzi o ekonomię całego rynku EV.
Wszystko zaczęło się od jednej bardzo drogiej decyzji
W 2019 roku Tesla kupiła firmę Maxwell Technologies, za około 235 milionów dolarów. Wtedy większość mediów pisała głównie o „technologii baterii przyszłości”, ale mało kto rozumiał, co tak naprawdę Tesla próbowała kupić.
Nie chodziło o gotową baterię. Chodziło o sposób jej produkcji.
I właśnie tutaj zaczyna się cały temat, dość skomplikowany, którego przeciętny użytkownik EV kompletnie nie rozumie…
Bo dziś produkcja baterii litowo-jonowych, to gigantycznie energochłonny, chemiczny i absurdalnie kosztowny proces. W ogromnym uproszczeniu materiał katody miesza się z chemicznymi rozpuszczalnikami, tworząc coś przypominającego pastę. Następnie nakłada się ją na folie metalowe, suszy w wielkich piecach, odzyskuje rozpuszczalniki, filtruje powietrze i utrzymuje całe hale produkcyjne przypominające bardziej zakłady chemiczne, niż fabryki samochodów.
I właśnie ten etap Tesla chce praktycznie wyrzucić do kosza. Czyli w swoim stylu.
„Sucha katoda” może zmienić wszystko

Dry cathode, czyli „sucha katoda”, polega na produkcji elektrody bez używania mokrego procesu chemicznego. Mamy więc coś co wyrzucamy do śmieci (nie dosłownie – oczywiście😉, czyli:
-Mniej chemii.
-Mniej suszenia.
-Mniej energii.
-Mniej miejsca.
-Mniej maszyn.
A skoro mniej wszystkiego… to potencjalnie także, dużo niższy koszt produkcji baterii. No i dużo krótszy czas produkcji, bo jak napisaliśmy wyżej, wypada z obiegu całe suszenie a ono trochę trwa…
I teraz najważniejsze
To nie jest kolejna internetowa bajka o „rewolucyjnej baterii przyszłości”, która istnieje tylko na slajdach PowerPointa.
Tesla naprawdę od lat próbuje to wdrożyć. Problem w tym, że przez bardzo długi czas wyglądało to, jak technologiczna katastrofa. Nie mogli sobie poradzić z pewnymi procesami, niby dość prostymi ale niestety suche składniki nie chciały współpracować tak, jak to sobie wymyśliła Tesla.
Światowe Media już wcześniej informowały, że Tesla miała ogromne problemy z uzyskami produkcyjnymi ogniw 4680. Pojawiały się informacje o gigantycznych stratach materiałowych podczas produkcji katod. W pewnym momencie mówiło się nawet o tym, że większość produkcji testowej zwyczajnie nie spełniała oczekiwań jakościowych. Obiło się nam o uszy że 80% nie nadawało się do niczego, gdy straty w tradycyjnej produkcji baterii litowo-jonowych sięgają maksymalnie około 2%. Różnica, jak widzicie była gigantyczna.
I właśnie dlatego najnowsze informacje są tak ciekawe
Według patentów i danych ujawnionych przez Teslę, firma opracowała nowy system spoiwa wykorzystujący między innymi PTFE oraz PVDF (PTFE i PVDF to w dużym uproszczeniu specjalistyczne polimery, czyli materiały chemiczne używane w bateriach jako spoiwa i warstwy stabilizujące elektrody, który pozwala tworzyć bardzo stabilną strukturę elektrody, bez używania klasycznego mokrego procesu. PTFE to
politetrafluoroetylen, a PVDF to polifluorek winylidenu).
Brzmi jak nudna chemia?
Być może. Ale skutki takich dwóch nudnych chemicznych nazw mogą być gigantyczne. I to dla całej branży, bez dwóch zdań. Ale przejdźmy dalej, bo to nie koniec całego tematu, który jak widzicie, tylko z pozoru wydaje się prosty…
Tu nie chodzi o większy zasięg. Chodzi o brutalną ekonomię
Ludzie myślą, że Tesla walczy o „lepszą baterię”.
Nie.
Tesla walczy o tańszą produkcję. A to jest ogromna różnica.
Dziś największym problemem elektromobilności nie jest już technologia samochodów elektrycznych. EV są szybkie. Mają dobre osiągi. Coraz lepsze zasięgi. Coraz lepsze ładowanie. W sensie coraz szybsze. Chińczycy dosłownie biją rekordy świata w mocach i prędkości ładowania. Po ulicach jeżdżą auta, które mogą przyjąć podczas ładowania moce rzędu 1 – 1,5 MW, czyli do 1500 kW!!! Jeszcze 3-4 lata temu, było to absolutnie nie do pomyślenia. Jednak…
Problemem nadal pozostaje koszt baterii, choć i tak jest on zdecydowanie niższy niż kilka lat temu
Koszt baterii, która wciąż jest najdroższym elementem całego samochodu elektrycznego.
I właśnie dlatego każdy producent na świecie, szuka dziś oszczędności dosłownie wszędzie:
- CATL,
- BYD,
- LG,
- Panasonic,
- Samsung SDI,
- Tesla.
Jest ich trochę😉…
Wojna o przyszłość EV coraz mniej przypomina wyścig technologiczny. Coraz bardziej przypomina brutalną walkę o kilka procent kosztów produkcji. Wiadomo, ze im więcej tym lepiej ale nawet kilka procent plus skala to ogromna przewaga nad konkurencją.
I to właśnie te kilka procent zdecyduje, kto przetrwa nadchodzącą wojnę cenową.
Tesla może próbować zrobić coś, czego konkurencja jeszcze nie potrafi
Według danych prezentowanych przez Teslę, technologia suchej katody może:
- zmniejszyć powierzchnię fabryk nawet o około 50%,
- ograniczyć liczbę etapów produkcyjnych,
- znacząco zmniejszyć zużycie energii,
- oraz obniżyć koszty budowy całych linii produkcyjnych.
I teraz wyobraźmy sobie skalę. Brzmi naprawdę nieźle, jak myślicie?
Jeżeli firma produkuje miliony samochodów rocznie, nawet niewielka oszczędność na pojedynczym aucie zaczyna oznaczać miliardy dolarów. Przy ostrożnej wyliczance, jeśli koszt produkcji zjedzie w dół o 10%, to Tesla może na dziś oszczędzać rocznie około 6 miliardów dolarów. A za tyle można wybudować od podstaw nową Gigafactory. To tylko takie szacunki, czysto teoretyczne.
Dlatego właśnie, ten temat jest dużo ważniejszy niż kolejne internetowe wojny o to, czy Tesla ma lepszy ekran od BMW albo szybszy sprint do setki.
Prawdziwe wojny motoryzacyjne wygrywa się w fabrykach.
Toyota zbudowała na tym imperium. Chińczycy robią dziś dokładnie to samo. Tesla najwyraźniej, też chce wygrać właśnie kosztami produkcji.
Firma mogłaby wykorzystać swoje nowe baterie nie tylko w Semi czy Cybertrucku. Ostatecznie zapewne, ze względu na koszt, trafiłyby one również do najtańszych teslowych aut, czyli Modelu 3 oraz Y.
Tyle że warto trochę ostudzić emocje, choć szkoda że trzeba to zrobić, ale to z ostrożności i przez wzgląd na historię😉
Internet już oczywiście zdążył ogłosić „koniec konkurencji” i „rewolucję większą niż wszystko wcześniej”.
Spokojnie.
To nadal nie oznacza, że za dwa lata auta elektryczne będą kosztowały tyle, co używany diesel sprowadzony z Niemiec.
Nawet jeśli Tesla obniży koszty produkcji katody, nadal pozostają ceny litu, niklu, grafitu, energii, logistyki, pracy, i gigantycznych inwestycji w nowe fabryki. A jak się domyślacie, te koszty wcale nie są takie małe.
Poza tym Tesla już nieraz pokazywała światu ambitne wizje, szybciej niż realne możliwości produkcyjne. Właśnie o to chodziło nam kiedy pisaliśmy o „historii”.
Wystarczy przypomnieć sobie właśnie historię samego ogniwa 4680. Miało być przełomem praktycznie natychmiast. Tymczasem skalowanie produkcji okazało się dużo trudniejsze niż zakładano.
I właśnie dlatego dziś trzeba oddzielić marketing od faktów.
Faktem jest jednak jedno.
Tesla bardzo wyraźnie pokazuje, że przyszłość rynku EV nie będzie wygrywana wyłącznie softwarem, ekranami i autonomią.
Będzie wygrywana produkcją. A właściwie kosztami tejże produkcji.
Co przyniesie przyszłość?
Jeśli „dry cathode” rzeczywiście zacznie działać na dużą skalę, to może się okazać, że za kilka lat, większość ludzi nawet nie będzie pamiętała tej nazwy.
Będą po prostu kupowali tańsze auta elektryczne.
Dokładnie tak wygląda prawdziwa rewolucja technologiczna. Nie wtedy, gdy wszyscy o niej krzyczą. Tylko wtedy, gdy nagle staje się zwyczajną codziennością. I być może właśnie teraz patrzymy na jeden z takich momentów.
Nie na premierze Cybertrucka.
Nie na nowym ekranie.
Nie na kolejnym tweecie Muska.
Tylko gdzieś głęboko w fabryce baterii, wśród chemii, elektrod i procesu produkcyjnego, którego większość świata nawet nie zauważy.
A to właśnie tam może rozstrzygać się przyszłość całej elektromobilności. A my – fani czterech kółek napędzanych prądem – na bank będzimy śłedzić każdy krok Tesli i rynku baterii. Bo to naprawdę ciekawe…
WhatsApp us