Fisker Ocean miał umrzeć razem z firmą…
Fisker Ocean miał umrzeć razem z firmą. Tymczasem właściciele tych aut chcą zrobić coś, czego branża motoryzacyjna naprawdę się nie spodziewała…
Jeszcze rok temu wielu mówiło wprost:
„Fisker jest skończony”.
Bankructwo. Chaos organizacyjny. Problemy z oprogramowaniem. Lawina krytyki. Dziesiątki tysięcy samochodów, które nagle zostały bez realnego wsparcia producenta. W świecie nowoczesnej motoryzacji, to właściwie wyrok. Bo dziś samochód elektryczny nie kończy się na baterii i silniku. Dziś auto żyje dzięki software’owi.
I właśnie dlatego historia, która dzieje się teraz wokół Fiskera Ocean, jest dużo ważniejsza, niż wielu osobom się wydaje. No i dodatkowo, jest ona totalnym zaskoczeniem, szczególnie dla producentów aut. Bo oni tak naprawdę nie spodziewają się że cała sprawa (w takim przypadku) może przybrać aż taki obrót.
Grupa właścicieli aut Fisker Ocean, próbuje zrobić coś absolutnie bezprecedensowego. Chcą otworzyć oprogramowanie samochodu i rozwijać je społecznościowo, czyli trochę jak projekt open source w świecie komputerów.
Brzmi absurdalnie?
Może trochę. Ale jeśli ten eksperyment się uda, może zmienić sposób, w jaki patrzymy na przyszłość całej branży EV.
A producenci naprawdę mogą mieć powody do niepokoju.
Samochód XXI wieku to już nie mechanika. To kod
Jeszcze kilkanaście lat temu upadłość producenta oznaczała głównie problem z częściami zamiennymi i serwisem.
Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej.
Nowoczesne auta elektryczne są w ogromnym stopniu zależne od oprogramowania. Aktualizacje OTA sterują praktycznie wszystkim:
- ładowaniem baterii,
- zarządzaniem temperaturą,
- multimediami,
- asystentami jazdy,
- bezpieczeństwem,
- komunikacją z aplikacją,
I właśnie dlatego bankructwo Fiskera wywołało tak ogromny chaos. Bo właściciele Oceanów zaczęli zadawać bardzo niewygodne pytanie: co się dzieje z autem, które fizycznie nadal istnieje… ale cyfrowo zostało porzucone? Trochę jak niechciana sierota?
To problem, którego branża motoryzacyjna długo próbowała nie zauważać. faktem jest też to że nie za często słyszymy o tak spektakularnych bankructwach jak w przypadku Fiskera.
Fisker Ocean od początku miał pod górkę

Sam samochód wcale nie był zły. I to chyba najbardziej ironiczna część całej historii.
Fisker Ocean oferował:
- duży akumulator,
- atrakcyjny design,
- niezły zasięg,
- nowoczesne wnętrze,
- oraz bardzo konkurencyjną cenę względem na przykład niemieckiej konkurencji.
Problem polegał na tym, że software często nie nadążał za ambicjami projektu.
Pojawiały się błędy systemowe, problemy z interfejsem, awarie elektroniki i niestabilne działanie części funkcji. Do tego dochodziły opóźnienia oraz problemy logistyczne firmy.
A później sytuacja zaczęła się sypać już lawinowo.
W czerwcu 2024 roku Fisker oficjalnie złożył wniosek o ochronę przed bankructwem w USA. Firma miała miliardowe zobowiązania i dramatycznie niski poziom gotówki. Produkcja praktycznie stanęła. Sprzedaż zaczęła się załamywać.
I wtedy tysiące właścicieli zostały z pytaniem:
czy nasze auta właśnie stają się cyfrowymi sierotami?
Żeby nie powiedzieć brzydziej?😉
Najciekawsze zaczęło się dopiero po upadku
Według informacji opisywanych przez Electrek, część społeczności właścicieli Fiskera Ocean zaczęła naciskać na otwarcie dostępu do elementów oprogramowania pojazdu.
Nie chodzi nawet o pełne „uwolnienie kodu”, bo to byłoby prawnie i technicznie bardzo skomplikowane. Chodzi raczej o możliwość niezależnego utrzymywania i rozwijania wybranych funkcji systemu.
I tutaj dochodzimy do momentu naprawdę przełomowego.
Bo po raz pierwszy na tak dużą skalę pojawia się pomysł, żeby społeczność użytkowników częściowo przejęła rozwój software’u samochodu.
Dokładnie tak, jak od lat dzieje się w świecie Linuksa, Androida czy projektów open source.
Dlaczego producentom może się to nie podobać ?
Bo to uderza w sam fundament nowoczesnego biznesu motoryzacyjnego.
Dzisiejsze auta coraz częściej nie są sprzedawane jako „produkt”, tylko jako platforma usług. Subskrypcje. Funkcje aktywowane online. Płatne aktualizacje. Ograniczenia software’owe. Sterowanie funkcjami z poziomu serwerów producenta.
Tesla pokazała całej branży, jak ogromną władzę daje kontrola nad software’em. Potem zaczęli kopiować to praktycznie wszyscy.
I teraz nagle pojawia się bardzo niewygodna idea: a co jeśli użytkownik też chce mieć kontrolę nad własnym samochodem?
Nie tylko mechanicznie. Cyfrowo również.
Problem jest dużo większy niż sam Fisker
Historia Oceanów pokazuje coś jeszcze.
Kupując nowoczesne EV, kupujemy dziś trochę więcej niż samochód. Kupujemy również zależność od producenta.
Jeśli firma:
- wyłączy serwery,
- zakończy wsparcie,
- zablokuje funkcje,
- albo po prostu zbankrutuje,
to część możliwości auta może zwyczajnie zniknąć.
I właśnie dlatego temat „right to repair” zaczyna coraz mocniej wchodzić do świata elektromobilności.
W USA i Europie coraz częściej pojawiają się pytania:
- kto naprawdę kontroluje samochód?
- właściciel czy producent?
- i czy auto po latach nadal powinno być zależne od serwerów firmy?
Jeszcze kilka lat temu brzmiałoby to jak niszowa dyskusja geeków technologicznych.
Dziś zaczyna być realnym problemem rynku.
Tesla pokazała kierunek. Fisker pokazuje ryzyko
Tesla była pierwszą marką, która naprawdę zamieniła samochód w urządzenie sterowane software’em.
Aktualizacje OTA. Zdalne funkcje. Zmiany parametrów auta po jednej aktualizacji.
To z jednej strony ogromna zaleta. Ale z drugiej, gigantyczna centralizacja kontroli.
Fisker pokazuje natomiast drugą stronę tego modelu. Co się dzieje, gdy producent przestaje istnieć?
Bo samochód elektryczny bez wsparcia software’owego może zacząć starzeć się dużo szybciej niż klasyczne auto spalinowe.
I właśnie dlatego temat open source w motoryzacji może wracać coraz częściej. Swoją drogą ciekawi mnie bardzo jak to zostanie rozwiązane. Bo w końcu właściciele którzy wierzyli w firmę i wydali po kilkadziesiąt tysięcy dolarów, praktycznie zostali na lodzie – brzydko mówiąc😉!
to wcale nie będzie proste
Trzeba powiedzieć to uczciwie.
Otwarcie systemów samochodowych to nie jest zabawa z instalacją aplikacji w telefonie.
Tu w grę wchodzą:
- bezpieczeństwo,
- homologacja,
- odpowiedzialność prawna,
- cyberbezpieczeństwo,
- systemy wysokiego napięcia,
- komunikacja CAN,
- systemy ADAS,
- oraz ogromna liczba zależności między modułami.
Jedna źle napisana aktualizacja mogłaby realnie wpłynąć na bezpieczeństwo pojazdu.
I właśnie dlatego producenci od lat bardzo mocno zamykają swoje ekosystemy.
Tylko że użytkownicy coraz częściej zaczynają pytać, czy nie za mocno. jak to się mówi? Kij zawsze ma dwa końce. I w sumie każda ze stron ma trochę racji.
Najbardziej fascynujące jest jednak coś innego
Jeszcze kilka lat temu samochód po upadku producenta po prostu dalej jeździł.
Dziś przyszłość auta może zależeć od:
- aktywnych serwerów,
- licencji,
- dostępu do chmury,
- i aktualizacji software’u.
I właśnie dlatego historia Fiskera Ocean może być początkiem dużo większej dyskusji.
Nie o jednej marce.
Tylko o tym, kto w przyszłości naprawdę będzie właścicielem samochodu.
Bo jeśli auta stają się komputerami na kołach, to wcześniej czy później użytkownicy zaczną pytać o dokładnie te same prawa, o które od lat walczą użytkownicy komputerów i smartfonów.
A to może być dla branży motoryzacyjnej dużo większa rewolucja niż sama elektromobilność.
Fot: x.com/Everyth1ngElec, x.comYTimesMotoring
WhatsApp us