Lucid kontra Tesla. Pojedynek, o którym się nie mówi… głośno
Jeszcze kilka lat temu odpowiedź była prosta.
Jeśli ktoś pytał o samochód elektryczny klasy premium, większość rynku odpowiadała jednym słowem: Tesla.
Dziś sytuacja wygląda już zupełnie inaczej.
Na horyzoncie pojawił się producent, który nie próbuje kopiować Tesli. Nie próbuje być „drugą Teslą”. Nie buduje swojej marki wokół Elona Muska, memów, rakiet i transmisji na żywo.
Zamiast tego robi coś znacznie bardziej interesującego…
Auta marki Lucid prezentują się obłędnie…
Buduje samochody, które w kilku kluczowych obszarach, są po prostu lepsze. I właśnie dlatego pojedynek Tesla kontra Lucid, jest dziś jednym z najciekawszych starć w całej branży motoryzacyjnej. Choć odbywa się raczej w zaciszu laboratoriów i w wielkich fabrykach. Nie w mediach, czy na pierwszych stronach gazet.
To nie jest walka dwóch producentów samochodów.
To starcie dwóch zupełnie różnych filozofii.
Tesla wygrała pierwszą bitwę
Trzeba zacząć od rzeczy oczywistej. Bez Tesli prawdopodobnie nie byłoby dzisiejszej rewolucji EV.
Gdy Elon Musk opowiadał o samochodach elektrycznych, większość producentów nadal inwestowała miliardy w silniki diesla.
Tesla stworzyła nie tylko samochód. Stworzyła cały ekosystem. Superchargery. Aktualizacje OTA. Aplikację mobilną. Zdalną diagnostykę. Zarządzanie baterią. Planowanie tras itd.
Dziś wydaje się to normalne.
W 2013 roku było to niemal jak science fiction😉.
Tesla to już, można powiedzieć EV klasyka… pierwsze egzemplarze Modelu S wyjechały na amerykańskie ulice 22 czerwca 2012 roku
Tesla wygrała pierwszą wielką bitwę elektromobilności. Ale wygranie pierwszej bitwy nie oznacza automatycznie wygrania kolejnej. No ok, może nie w każdym obszarze – żeby być uczciwym.
Lucid zrobił coś, co wielu ekspertów uważało za niemożliwe…
Przez lata wydawało się, że Tesla jest niedościgniona, pod względem efektywności napędu.
I wtedy właśnie na horyzoncie pojawił się Lucid.
Firma założona przez ludzi, którzy wcześniej pracowali między innymi nad technologiami baterii dla Formuły E.
Na czele stanął Peter Rawlinson – człowiek, który wcześniej był głównym inżynierem projektu Tesla Model S. Czyli i tak wszystko zaczęło się od Tesli😉.
Można więc powiedzieć, że „uczeń” postanowił rzucić wyzwanie swojemu dawnemu mistrzowi i całemu zespołowi projektantów Tesli.
I zrobił to bardzo skutecznie.
Lucid Air Grand Touring oferuje oficjalnie ponad 500 mil zasięgu EPA, czyli około 830 kilometrów. To wynik, którego żaden seryjny samochód elektryczny Tesli nie osiąga.
Jeszcze ciekawiej robi się wtedy, gdy spojrzymy na efektywność energetyczną.
Niektóre wersje Lucid Air zbliżają się do poziomu około 5 mil na każdą zużytą kilowatogodzinę energii. To wynik wręcz absurdalnie dobry, jak na samochód tej wielkości.
I tutaj dochodzimy do rzeczy, której wielu kierowców nadal nie rozumie.
Prawdziwa przewaga technologiczna nie polega na tym, kto wsadzi większą baterię do auta. Prawdziwa przewaga polega na tym, kto z tej samej baterii wyciągnie więcej kilometrów.
A pod tym względem Lucid od kilku lat, pokazuje naprawdę imponujący poziom inżynierii. I trzeba sobie powiedzieć szczerze – godny naśladowania. Choć patrząc na zużycie energii, zarówno w autach z Europy jak i na przykład z Chin, nikt nie potrafi dość dobrze naśladować ani Tesli, ani tym bardziej Lucida. A szkoda…
Ale elektromobilność to nie tylko zasięg
I tutaj Tesla odzyskuje przewagę.
Bo samochód elektryczny nie żyje w próżni. Możesz mieć najlepszy napęd świata. Najbardziej wydajną baterię. Najpiękniejsze wnętrze. Najlepsze materiały.
Ale kiedy jedziesz przez Europę lub Stany Zjednoczone, zaczynasz doceniać coś znacznie bardziej przyziemnego. A chodzi o nic wiecej jak:
Infrastrukturę…
Tesla nadal dysponuje jedną z najlepszych sieci szybkiego ładowania na świecie. To właśnie tutaj przewaga tej marki nadal jest ogromna.
Kierowca Tesli praktycznie nie zastanawia się: „Gdzie będę ładował?” Samochód robi to za niego. Planowanie trasy jest banalnie proste. Ładowanie odbywa się niemal automatycznie. Wsiadasz. Jedziesz. Podłączasz kabel.
Koniec filozofii
To doświadczenie użytkownika, którego większość konkurencji nadal nie jest w stanie zapewnić.
Lucid wygrywa w laboratorium. Tesla wygrywa w rzeczywistości…
Kto wygra ostatecznie pojedynek technologicznych gigantów? Wygląda na to, że nasz Prezes Marcin, jest fanem obydwu tych wyjątkowych marek😉… szczęściarz!
To może być najbardziej kontrowersyjna teza. Jednak tak to wygląda. I nie chodzi tu o wydajność a o całokształt.
Gdy patrzymy wyłącznie na technologię napędu, efektywność i zasięg, Lucid wygląda jak przyszłość.
Gdy patrzymy na cały ekosystem użytkownika, Tesla nadal pozostaje punktem odniesienia.
I właśnie dlatego ten pojedynek jest tak fascynujący.
Bo pokazuje, że rynek EV zaczyna dojrzewać. Nie wystarczy już mieć dobrej baterii. Nie wystarczy mieć dużego ekranu. Nie wystarczy mieć szybkiego ładowania.
Dziś trzeba dostarczyć kompletny produkt. Taki od A do Z. Taki aby użytkownik był zadowolony jak dziecko, które dostało nową zabawkę. Jeśli taki klient, jadąc swoim EV, czy to Teslą, czy Lucidem, będzie się tylko uśmiechał… to można powiedzieć że sukces jest osiągnięty i kompletny. A w końcu chyba o to chodzi.
Problem Lucida nie nazywa się „technologia”
Nazywa się skala. To słowo od kilku lat wraca do firmy jak bumerang.
W pierwszym kwartale 2026 roku Lucid wyprodukował około 5500 samochodów i dostarczył klientom 3093 pojazdy.
Dla większości producentów byłby to bardzo przyzwoity wynik, jak na EV tego segmentu.
Dla Tesli?
To mniej więcej tyle, ile Tesla produkuje w czasie, który można liczyć w godzinach, a nie miesiącach. Kwartał numer 1 obecnego roku w wykonaniu Muska i spółki to ponad 362 tysiące aut. W liczbach Tesla produkuje aż 66 razy więcej pojazdów niż Lucid.
I tutaj leży największa przewaga Tesli. Nie w bateriach. Nie w silnikach. Nie w aplikacji.
Ale w skali
Tesla nauczyła się produkować miliony samochodów. Lucid dopiero uczy się produkować dziesiątki tysięcy. To zupełnie inny poziom trudności.
A może największy zwycięzca dopiero nadchodzi?
Jest jeszcze jeden ciekawy aspekt.
Tesla i Lucid coraz bardziej przypominają Apple i Samsunga sprzed kilkunastu lat.
Jedna firma stworzyła rynek.
Druga pokazuje, że technologię można zrobić jeszcze lepiej. Ostatecznie wygrał klient. I dokładnie to samo może wydarzyć się w elektromobilności.
Bo niezależnie od tego, czy ktoś kibicuje Tesli, Lucidowi, BMW, Mercedesowi czy BYD, prawda jest prosta.
To konkurencja przyspiesza rozwój. A rozwój oznacza lepsze samochody. Większy zasięg. Niższe koszty. Lepsze baterie. Szybsze ładowanie.
I właśnie dlatego pojawienie się Lucida na rynku EV, może być jedną z najlepszych rzeczy, jakie przytrafiły się Tesli.
Bo po raz pierwszy od dawna ktoś zmusił ją do oglądania się za siebie.
A w świecie technologii, to zwykle początek kolejnej rewolucji. Dziś opisujemy tylko te dwie marki, choć większość z Was zaraz powie… e tam, Lucid to dla Tesli drobnostka, ona boi się Chińczyków. I to też będzie prawda, bo rynek przez ostatnie 5-6 lat zmienił się nie do poznania. Również za sprawą producentów z Chin. Choć to już jest zupełnie inna historia…😉
Tesla właśnie kończy pewną epokę. I robi to w swoim stylu – złotymi emblematami, czerwonym lakierem i autem za 160 tysięcy dolarów
Są samochody, które po prostu istnieją na rynku. I są takie, które zmieniają historię całej branży.
Tesla Model S należała do tej drugiej grupy.
Dziś łatwo o tym zapomnieć, bo świat EV wygląda zupełnie inaczej niż w 2012 roku. Wtedy elektryczne auta kojarzyły się bardziej z kompromisem niż marzeniem. Krótkie zasięgi, dziwna stylistyka, małe miejskie konstrukcje i atmosfera eksperymentu technologicznego.
A potem pojawił się Model S
Duży. Szybki. Futurystyczny. Cichy. I momentami wręcz absurdalnie lepszy od tego, co oferowała wtedy klasyczna motoryzacja premium.
I właśnie dlatego to, co Tesla robi teraz z Modelami S i X, jest czymś więcej niż zwykłą limitowaną edycją.
To bardziej symboliczne zamknięcie pewnej ery elektromobilności.
Sam pamiętam kiedy po raz pierwszy ujrzałem Model S. Powiem Wam, że ta czerwień przemawia do mnie do dziś…
Signature Edition, czyli Tesla robi pożegnanie dla swoich najbardziej kultowych modeli
Tesla oficjalnie pokazała finalne wersje Modelu S i Modelu X nazwane „Signature Edition”. Produkcja jest skrajnie ograniczona, bo powstanie tylko 250 egzemplarzy Modelu S oraz 100 sztuk Modelu X. Wszystkie bazują na topowych wersjach Plaid i były dostępne wyłącznie dla klientów z zaproszeniem.
I tu pojawia się coś bardzo „teslowego”
Bo z jednej strony firma od lat budowała wizerunek technologicznego minimalizmu. Brak chromu. Brak zbędnych ozdobników. Prostota. Cyfrowość. Software ponad klasyczne luksusowe detale.
A teraz?
Tesla kończy historię swoich flagowców złotymi badge’ami, specjalnym lakierem Garnet Red, numerowanymi tabliczkami i detalami przypominającymi bardziej kolekcjonerskie Ferrari, niż minimalistyczne EV z Kalifornii.
Kolor jest niesamowity
I właśnie dlatego ten projekt jest tak ciekawy no i na pewno bardzo wyjątkowy.
Bo wygląda trochę jak moment, w którym Tesla sama zaczyna rozumieć, że stworzyła coś więcej niż „kolejne auta elektryczne”.
Najciekawsze? To nie są nowe samochody
Bo technicznie… praktycznie nic się nie zmieniło.
To nadal dobrze znane Plaidy: – około 1020 KM, – trzy silniki, – absurdalne osiągi, – architektura znana od lat.
Nie ma nowej platformy. Nie ma steer-by-wire z Cybertrucka. Brakuje nowej generacji baterii. Nie ma też rewolucji technologicznej.
A mimo to Tesla sprzedaje te auta za około 159 420 dolarów.
I internet oczywiście wybuchł.
Bo jedni mówią: „genialne zakończenie historii”.
Inni: „Tesla sprzedaje stare auto, za cenę kolekcjonerskiego egzemplarza”. Tym akurat doradzał bym jedno: Nie kupować, jeśli im sie nie podoba:)
Signature Edition nie jest samochodem kupowanym rozsądkiem. To samochód kupowany emocją. I taki właśnie jest zamysł Tesli. To nie kolejne auto. To coś wyjątkowego, szczególnie dla fanów tej marki.
Fotele są niczego sobie😉… podgrzewanie, wentylacja.
Garnet Red i złote emblematy, Czyli Tesla nagle odkryła sentyment
Najbardziej zaskakujące w tych autach jest chyba to, że Tesla pierwszy raz od dawna pozwoliła sobie na coś… emocjonalnego.
Lakier Garnet Red nie jest przypadkowy. Wielu fanów od razu zauważyło, że przypomina klimat dawnych Signature Series sprzed kilkunastu lat. Tych pierwszych, niemal legendarnych już egzemplarzy Modelu S, które kupowali najbardziej zagorzali wyznawcy marki.
Do tego dochodzą: – złote logo Tesla, – złote badge’e Plaid, – specjalne podświetlenia, – numerowane tabliczki, – dedykowane animacje systemu, – unikalne VIN-y przypisane do kolejności produkcji, – specjalny keyfob, – alcantara i jasne wnętrze.
I nagle okazuje się, że firma, która przez lata uciekała od klasycznej motoryzacyjnej „duszy”, sama zaczyna budować coś w rodzaju cyfrowej nostalgii. Innej, bo nie mamy tu ryczącego V12, jednak na swój sposób, jakby nawiązującej do motoryzacji. I to nie spalinowej, czy elektrycznej… nie. Do motoryzacji ogólnie. Bo oto coś, co było bardzo wyjątkowe i innowacyjne kończy swój żywot. Można powiedzieć, że dosłownie. Nie ujrzymy już bowiem ani Modelu S ani X w konfiguratorze Tesli. Nigdy…
Tesla kończy z Modelem S i X, bo przyszłóść i wizja firmy już są gdzie indziej
Tesla nie kończy tych modeli dlatego, że są złe. Kończy je dlatego, że firma mentalnie jest już w zupełnie innym miejscu.
Dziś Musk mówi głównie o: – AI, – robotaksówkach, – Optimusie, – autonomii, – software, – robotyce.
Model S i Model X stały się dla Tesli trochę tym, czym iPhone pierwszej generacji był dla Apple.
Legendą. Ale legendą jakby z innej epoki.
Sprzedaż tych modeli od dawna była marginalna względem Modelu 3 i Modelu Y. Nawet Cybertruck zaczął przejmować część zainteresowania klientów premium.
I w pewnym sensie Signature Edition wygląda dziś, jak elegancki sposób powiedzenia: „dziękujemy, czas iść dalej”.
Najbardziej ironiczne? Tesla kończy z autami, które zbudowały elektromobilność premium
To chyba największy paradoks całej tej historii.
Dziś niemal każdy producent ma elektryczne limuzyny. Porsche Taycan, Mercedes EQS, Lucid Air, BMW i7.
Ale gdy Model S debiutował, praktycznie nikt nie wierzył, że luksusowy EV, może istnieć naprawdę. Pamiętam jak inni producenci wyśmiewali Model S i można było przeczytać w wielu artykułach czy wywiadach o tym, iż to tylko kwestia czasu zanim Tesla zniknie z rynku. I znika… zarówno Model S jak i Model X, jednak znika po 14 latach produkcji. A dziś każdy z tych producentów, którzy wyśmiewali Skę ma w ofercie przynajmniej kilka aut napędzanych energią elektryczną… Jaki ten los potrafi być przewrotny😉!
To właśnie Tesla stworzyła współczesny rynek premium EV. Dziś można to już głośno przyznać. I właśnie dlatego te ostatnie 350 egzemplarzy ma znaczenie dużo większe niż ich specyfikacja techniczna.
To bardziej fragment historii technologii, niż zwykła limitowana seria.
Czy Signature Edition stanie się kolekcjonerskim świętym Graalem?
Szczerze? Bardzo możliwe. I wcale bym się nie zdziwił!
Zwłaszcza, że produkcja jest ekstremalnie mała, auta mają indywidualne oznaczenia. Tesla raczej już nigdy nie wróci do podobnej filozofii premium, a sama marka zaczyna coraz bardziej skręcać w stronę AI i autonomii.
I właśnie dlatego Signature Edition może za kilka lat, być postrzegane bardziej, jako „ostatnia prawdziwa Tesla starego świata” niż po prostu drogi Model S. Ech… przytuliłbym taki egzemplarz. Tylko ta cena😉.
Kończy się coś więcej niż model samochodu?
Bez wątpienia. Patrząc na tę premierę trudno oprzeć się wrażeniu, że kończy się pewna romantyczna era elektromobilności.
Era, w której Tesla była jeszcze producentem samochodów marzeń dla geeków technologii. Dziś firma staje się gigantem AI, software’u i robotyki.
I może właśnie dlatego te czerwone, złote Signature Editions wyglądają trochę jak pożegnanie starej Tesli z samą sobą.
A takie momenty w motoryzacji zdarzają się naprawdę rzadko. Fajnie że możemy być światkami takich wydarzeń…
Nowości w Tesla Model S i Model X – pełna lista zmian na czerwiec 2025. Niby sporo, ale czy to wystarczy?
Tesla właśnie zaprezentowała odświeżone wersje swoich flagowych modeli – Modelu S i Modelu X. Zmiany, ogłoszone 12 i 13 czerwca 2025 r., obejmują zarówno estetykę, jak i elementy wpływające na osiągi, komfort jazdy oraz technologię pokładową. Tesla lubi nam dozować po troszeczku upgrady swoich aut, ale czy to wystarczy? No właśnie…
Choć z zewnątrz może się wydawać, że to tylko delikatne poprawki, w praktyce mówimy o wyraźnym unowocześnieniu obu modeli.
Najważniejsze zmiany – Model S i Model X (2025)
1. Nowe kolory lakieru
Tesla dodała dwie zupełnie nowe opcje kolorystyczne:
• Frost Blue Metallic – metaliczny, chłodny odcień niebieskiego (dopłata ok. 2 500 USD),
• Diamond Black – głęboka czerń z perłowym połyskiem (dopłata ok. 1 500 USD).
To odpowiedź na oczekiwania klientów ceniących unikalny wygląd i bardziej „luksusową” paletę barw. Tesla nigdy nie była zbyt rozrzutna w kwestii kolorów, cieszy więc danie nam dodatkowego wyboru.
2. Zmodyfikowane felgi i poprawiona aerodynamika
Nowe projekty felg to:
• Model S: 19-calowe felgi „Magnetite” (standard) i opcjonalne 21-calowe „Velarium”,
• Model X: 20-calowe felgi „Perihelix” oraz opcjonalne 22-calowe „Machina”.
Wersje z mniejszymi felgami oferują nieco większy zasięg dzięki poprawionej aerodynamice. To również wpływa na komfort jazdy – pojazd jest cichszy i stabilniejszy, zwłaszcza na autostradzie.
3. Odświeżony design nadwozia
Zmiany objęły zderzaki (przód i tył), szczególnie w wersji Plaid, która zyskała bardziej dynamiczne, sportowe akcenty. Dzięki nim auto wygląda świeżo i bardziej agresywnie, a zmiany nie są jedynie wizualne – poprawiają także przepływ powietrza wokół karoserii. Co jak się domyślacie nie pozostaje bez wpływu na zasieg i komfort jazdy, oraz na odgłosy dobiegające do wnętrza kabiny pasażerskiej.
4. Nowa kamera w zderzaku przednim
Tesla po raz pierwszy dodała kamerę w przednim zderzaku – wspomaga ona działanie systemów wspomagania kierowcy, w tym Autopilota i Full Self-Driving. Kamera posiada też spryskiwacz, co zapewnia czystość widzenia w trudnych warunkach atmosferycznych. Brudna kamera to utrapienie, szczególnie kiedy masz do przejechania 1000 km jednego dnia.
5. Adaptacyjne reflektory LED
Nowe reflektory adaptacyjne automatycznie dostosowują kształt wiązki światła do sytuacji na drodze. Zapewniają doskonałą widoczność bez oślepiania innych kierowców, co znacząco podnosi bezpieczeństwo jazdy nocą.
6. Ulepszone wyciszenie wnętrza
Tesla zadbała o jeszcze lepszą izolację akustyczną kabiny. Zastosowano grubsze szyby, dodatkowe maty tłumiące oraz usprawniony system aktywnego wyciszania szumów (ANC). Efekt? Wnętrze jest znacznie cichsze – zarówno przy prędkościach miejskich, jak i autostradowych.
7. Nowe ambientowe oświetlenie wnętrza
W modelach S i X pojawiło się nastrojowe oświetlenie LED na desce rozdzielczej i drzwiach. Światło zmienia się w zależności od sytuacji – np. animacja podczas wsiadania. To nie tylko efektowny detal, ale też budowanie przyjemnego klimatu we wnętrzu. Takie ocieplenie wizerunku auta:)
8. Zmiany w zawieszeniu i tłumieniu drgań
Tesla poprawiła geometrię zawieszenia (m.in. boczne tuleje) oraz wprowadziła nowe ustawienia systemu adaptacyjnego. Auto lepiej tłumi nierówności i zachowuje się stabilniej w zakrętach. Komfort jazdy – szczególnie na nierównych nawierzchniach – uległ zauważalnej poprawie.
9. Większa przestrzeń w Modelu X
Amerykański producent zwiększył również ilość miejsca w trzecim rzędzie siedzeń Modelu X oraz lepiej zorganizował przestrzeń bagażową. Dzięki temu SUV staje się bardziej funkcjonalny dla większych rodzin i podczas dalekich podróży. W końcu walizy trzeba gdzieś zmieścić.
10. Podwyżka cen
Ceny modeli S i X wzrosły o 5 000 USD we wszystkich konfiguracjach.
Nowe ceny (USA):
• Model S AWD – 84 990 USD,
• Model S Plaid – 99 990 USD,
• Model X AWD – 89 990 USD,
• Model X Plaid – 104 990 USD.
To może być element strategii repozycjonowania tych modeli jako luksusowych, zaawansowanych technologicznie samochodów klasy premium. W odróżneiniu od aut dla ludu… Modelu 3 i Y.
Podsumowanie
Zmiany wprowadzone przez Teslę w modelach S i X w czerwcu 2025 roku są wyraźnym sygnałem, że marka chce utrzymać pozycję lidera segmentu premium wśród pojazdów elektrycznych. Choć nie mamy do czynienia z pełnym faceliftingiem, zestaw modyfikacji realnie podnosi komfort, jakość i nowoczesność tych aut.
Ulepszenia takie jak lepsze wyciszenie, nowe oświetlenie, kamera wspierająca systemy autonomiczne, czy poprawione zawieszenie to krok w stronę jeszcze bardziej dojrzałego, dopracowanego produktu. Model S i Model X pozostają flagowymi reprezentantami technologicznego DNA Tesli – i teraz są jeszcze bardziej dopracowane.
Jedna obawa… czy tak drobne zmiany wystarczą aby podnieść sprzedaż tych, nie ukrywajmy drogich modeli Tesli? W końcu konkurencja nie śpi. Mercedesy, BMW, jak i mocna konkurencja z Chin mogą poważnie pokrzyżować plany amerykańskiej Tesli.
Mimo, że do tej pory Tesla miała w ofercie jedynie dwa modele – S oraz X – to rozszyfrowanie oznaczeń ich wersji niejednokrotnie sprawiają kłopoty potencjalnym nabywcom. Co oznaczają popularne skróty 90, 90D, P100D itp? Zacznijmy od środka czyli od liczb, 75, 85, 90 czy 100 oznaczają nominalną pojemność baterii w kWh. Dzięki temu nie dowiemy się co prawda która Tesla ma mniej do setki (np. 75D przyspiesza tak samo jako 100D), a która ma większy zasięg. Można przyjąć, że jeżeli zasięg 75D wynosi 375 km to 100D zajedzie dalej adekwatnie do swojej pojemności, czyli 500 km.
Jeżeli za liczbą pojawia się literka „D” oznacza to, że mamy do czynienia z Dual Motor czyli dwoma silnikami, jednym na przedniej, a drugim na tylnej osi. To w praktyce oznacza również, że mamy napęd na 4 koła (brak literki D oznacza napęd na tylne koła).
Przedrostek „P” dodatkowo informuje, że tylny silnik to większa i mocniejsza wersja Performance, dzięki któremu nasza Tesla będzie miała znacznie lepsze osiągi, ale też większe zużycie prądu. Literka „P” jest zawsze koloru czerwonego, a jej obecność powoduje, że oznaczenie „D” na końcu również będzie w czerwonym kolorze, w przeciwieństwie do standardowej wersji (kolor czarny).. Podchwytliwe jest natomiast oznaczenie modeli P90D ponieważ występowało w dwóch odmianach: P90D i P90D. Różnica na pozór niezauważalna ale istotna, podkreślenie oznacza wersję z tzw. Ludicrous Upgrade (wcześniej Insane) czyli opcję wartą 10.000€, która zamienia Teslę w pocisk przyspieszający do setki w 3,1s (obecnie P100D osiąga setkę w 2,8s).
Obecnie oferowane są trzy wersje Tesli: 75D, 100D oraz P100D. Wszystkie posiadają dwa silniki, a najmocniejsza P100D nie potrzebuje żadnych dodatkowych opcji aby móc w niej korzystać z maksymalnych osiągów.