Tesla właśnie kończy pewną epokę, czas się pożegnać
Tesla właśnie kończy pewną epokę. I robi to w swoim stylu – złotymi emblematami, czerwonym lakierem i autem za 160 tysięcy dolarów
Są samochody, które po prostu istnieją na rynku. I są takie, które zmieniają historię całej branży.
Tesla Model S należała do tej drugiej grupy.
Dziś łatwo o tym zapomnieć, bo świat EV wygląda zupełnie inaczej niż w 2012 roku. Wtedy elektryczne auta kojarzyły się bardziej z kompromisem niż marzeniem. Krótkie zasięgi, dziwna stylistyka, małe miejskie konstrukcje i atmosfera eksperymentu technologicznego.
A potem pojawił się Model S
Duży. Szybki. Futurystyczny. Cichy. I momentami wręcz absurdalnie lepszy od tego, co oferowała wtedy klasyczna motoryzacja premium.
I właśnie dlatego to, co Tesla robi teraz z Modelami S i X, jest czymś więcej niż zwykłą limitowaną edycją.
To bardziej symboliczne zamknięcie pewnej ery elektromobilności.
Sam pamiętam kiedy po raz pierwszy ujrzałem Model S. Powiem Wam, że ta czerwień przemawia do mnie do dziś…
Signature Edition, czyli Tesla robi pożegnanie dla swoich najbardziej kultowych modeli
Tesla oficjalnie pokazała finalne wersje Modelu S i Modelu X nazwane „Signature Edition”. Produkcja jest skrajnie ograniczona, bo powstanie tylko 250 egzemplarzy Modelu S oraz 100 sztuk Modelu X. Wszystkie bazują na topowych wersjach Plaid i były dostępne wyłącznie dla klientów z zaproszeniem.
I tu pojawia się coś bardzo „teslowego”
Bo z jednej strony firma od lat budowała wizerunek technologicznego minimalizmu. Brak chromu. Brak zbędnych ozdobników. Prostota. Cyfrowość. Software ponad klasyczne luksusowe detale.
A teraz?
Tesla kończy historię swoich flagowców złotymi badge’ami, specjalnym lakierem Garnet Red, numerowanymi tabliczkami i detalami przypominającymi bardziej kolekcjonerskie Ferrari, niż minimalistyczne EV z Kalifornii.

I właśnie dlatego ten projekt jest tak ciekawy no i na pewno bardzo wyjątkowy.
Bo wygląda trochę jak moment, w którym Tesla sama zaczyna rozumieć, że stworzyła coś więcej niż „kolejne auta elektryczne”.
Najciekawsze? To nie są nowe samochody
Bo technicznie… praktycznie nic się nie zmieniło.
To nadal dobrze znane Plaidy:
– około 1020 KM,
– trzy silniki,
– absurdalne osiągi,
– architektura znana od lat.
Nie ma nowej platformy. Nie ma steer-by-wire z Cybertrucka. Brakuje nowej generacji baterii. Nie ma też rewolucji technologicznej.
A mimo to Tesla sprzedaje te auta za około 159 420 dolarów.
I internet oczywiście wybuchł.
Bo jedni mówią:
„genialne zakończenie historii”.
Inni:
„Tesla sprzedaje stare auto, za cenę kolekcjonerskiego egzemplarza”. Tym akurat doradzał bym jedno: Nie kupować, jeśli im sie nie podoba:)
Signature Edition nie jest samochodem kupowanym rozsądkiem. To samochód kupowany emocją. I taki właśnie jest zamysł Tesli. To nie kolejne auto. To coś wyjątkowego, szczególnie dla fanów tej marki.

Garnet Red i złote emblematy, Czyli Tesla nagle odkryła sentyment
Najbardziej zaskakujące w tych autach jest chyba to, że Tesla pierwszy raz od dawna pozwoliła sobie na coś… emocjonalnego.
Lakier Garnet Red nie jest przypadkowy. Wielu fanów od razu zauważyło, że przypomina klimat dawnych Signature Series sprzed kilkunastu lat. Tych pierwszych, niemal legendarnych już egzemplarzy Modelu S, które kupowali najbardziej zagorzali wyznawcy marki.
Do tego dochodzą:
– złote logo Tesla,
– złote badge’e Plaid,
– specjalne podświetlenia,
– numerowane tabliczki,
– dedykowane animacje systemu,
– unikalne VIN-y przypisane do kolejności produkcji,
– specjalny keyfob,
– alcantara i jasne wnętrze.
I nagle okazuje się, że firma, która przez lata uciekała od klasycznej motoryzacyjnej „duszy”, sama zaczyna budować coś w rodzaju cyfrowej nostalgii. Innej, bo nie mamy tu ryczącego V12, jednak na swój sposób, jakby nawiązującej do motoryzacji. I to nie spalinowej, czy elektrycznej… nie. Do motoryzacji ogólnie. Bo oto coś, co było bardzo wyjątkowe i innowacyjne kończy swój żywot. Można powiedzieć, że dosłownie. Nie ujrzymy już bowiem ani Modelu S ani X w konfiguratorze Tesli. Nigdy…
Tesla kończy z Modelem S i X, bo przyszłóść i wizja firmy już są gdzie indziej
Tesla nie kończy tych modeli dlatego, że są złe. Kończy je dlatego, że firma mentalnie jest już w zupełnie innym miejscu.
Dziś Musk mówi głównie o:
– AI,
– robotaksówkach,
– Optimusie,
– autonomii,
– software,
– robotyce.
Model S i Model X stały się dla Tesli trochę tym, czym iPhone pierwszej generacji był dla Apple.
Legendą. Ale legendą jakby z innej epoki.
Sprzedaż tych modeli od dawna była marginalna względem Modelu 3 i Modelu Y. Nawet Cybertruck zaczął przejmować część zainteresowania klientów premium.
I w pewnym sensie Signature Edition wygląda dziś, jak elegancki sposób powiedzenia:
„dziękujemy, czas iść dalej”.
Najbardziej ironiczne? Tesla kończy z autami, które zbudowały elektromobilność premium
To chyba największy paradoks całej tej historii.
Dziś niemal każdy producent ma elektryczne limuzyny. Porsche Taycan, Mercedes EQS, Lucid Air, BMW i7.
Ale gdy Model S debiutował, praktycznie nikt nie wierzył, że luksusowy EV, może istnieć naprawdę. Pamiętam jak inni producenci wyśmiewali Model S i można było przeczytać w wielu artykułach czy wywiadach o tym, iż to tylko kwestia czasu zanim Tesla zniknie z rynku. I znika… zarówno Model S jak i Model X, jednak znika po 14 latach produkcji. A dziś każdy z tych producentów, którzy wyśmiewali Skę ma w ofercie przynajmniej kilka aut napędzanych energią elektryczną… Jaki ten los potrafi być przewrotny😉!
To właśnie Tesla stworzyła współczesny rynek premium EV. Dziś można to już głośno przyznać. I właśnie dlatego te ostatnie 350 egzemplarzy ma znaczenie dużo większe niż ich specyfikacja techniczna.
To bardziej fragment historii technologii, niż zwykła limitowana seria.
Czy Signature Edition stanie się kolekcjonerskim świętym Graalem?
Szczerze? Bardzo możliwe. I wcale bym się nie zdziwił!
Zwłaszcza, że produkcja jest ekstremalnie mała, auta mają indywidualne oznaczenia. Tesla raczej już nigdy nie wróci do podobnej filozofii premium, a sama marka zaczyna coraz bardziej skręcać w stronę AI i autonomii.
I właśnie dlatego Signature Edition może za kilka lat, być postrzegane bardziej, jako „ostatnia prawdziwa Tesla starego świata” niż po prostu drogi Model S. Ech… przytuliłbym taki egzemplarz. Tylko ta cena😉.
Kończy się coś więcej niż model samochodu?
Bez wątpienia. Patrząc na tę premierę trudno oprzeć się wrażeniu, że kończy się pewna romantyczna era elektromobilności.
Era, w której Tesla była jeszcze producentem samochodów marzeń dla geeków technologii. Dziś firma staje się gigantem AI, software’u i robotyki.
I może właśnie dlatego te czerwone, złote Signature Editions wyglądają trochę jak pożegnanie starej Tesli z samą sobą.
A takie momenty w motoryzacji zdarzają się naprawdę rzadko. Fajnie że możemy być światkami takich wydarzeń…
Fot: x.com/SawyerMerritt






WhatsApp us